P. Józef Glinka SVD * P.O.Box 1186 SB * Surabaya 60011 * Indonesia
email: glinka@indo.net.id
1
Rachunek sumienia
W 1995 roku będąc w Surabayi, Tadziu Gruca powiada: „Józiu, jesteśmy tu już 30 lat. Tak się zastanawiam, co ja tutaj zrobiłem.” „Duszpasterzowałeś w różnych parafiach, nawet na dwu wyspach, budowałeś i budujesz kościoły, plebanie, szkoły, więc coś zdzialałeś” – powiadam mu.
Teraz mnie nadeszły podobne myśli. Siedzę tu już ponad 36 lat. Co ja tutaj zdziałałem.
Kiedyś, jako kleryk, marzyłem o tym, by być „praktycznym” misjonarzem gdzieś w buszu. A tu, po ukończeniu studiów w seminarium dostałem przeznaczenie na dalsze studia. Najpierw od prowincjała, a potem na dobitek od generała na studia w Rzymie. Pomyślałem wtedy, że to chyba kara Boża za pewne lenistwo w seminarium. Nie należałem nigdy do tzw. kujonów, więc zdziwiłem się i ja, i moi współbracia, że miałem dalej studiować. Marksiści mi jednak paszportu ani na studia w Rzymie, ani we Wiedniu dać nie chcieli. Werbiści byli wtedy na cenzurowanym. Tak więc w 1959 roku rozpocząłem studia biologii na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Miałem później uczyć biologii w małym seminarium. Ale gdy byłem na drugim roku studiów, małe seminaria marksiści ponownie pozamykali. „Co ja z tą biologią jako ksiądz będę robił” – pytałem samego siebie. Było jedno wyjście. Od trzeciego roku mogłem jako specjalizację ewentualnie wziąć antropologię. Leżało to jakoś bliżej werbistowskich zadań i tradycji.
Studia ukończyłem w czerwcu 1964 roku. Dostałem przeznaczenie na wykładowcę filozofii przyrody w Pieniężnie. Nie bardzo mi ten przedmiot leżał, ale trudno, trzeba było rozkaz wykonać. Jednocześnie rozpocząłem kurs doktorancki na uniwersytecie wrocławskim. Chciałem napisać rozprawę doktorską o Indonezji. Oczywiście na podstawie literatury, bo o wyjeździe do Indonezji nawet śnić nie mogłem. Aż tu nagle powstała nadzieja. W Polsce zjawił się o. Josef Diaz Viera SVD, by werbować ochotników do pracy w Indonezji. Zgłosiłem się, chociaż miałem małe szanse, bom u marksistów figurował na czarnej liście. Ale Pan Bóg tak sprawami pokierował, że 18. sierpnia 1965 roku wyjechałem.
Liczyłem na to, że tutaj się przełożeni nie zorientują i będę mógł wylądować na parafii. Niestety przeznaczenie przyszło z Rzymu, a Rzym, widać, ma dobre informacje o współbraciach, i wylądowałem w seminarium – znowu jako wykładowca tej nieszczęsnej filozofii przyrody i etnologii, którą tutaj nazywano antropologią kulturową. Wszystkie te przedmioty nie były tak stuprocentowo po linii mego wykształcenia. Ale z braku lepszego wykładowcy, musiałem to wykładać. Poza tym byłem spowiednikiem i ojcem duchownym kleryków w seminarium regionalnym dla kleru diecezjalnego.
Na domiar złego w 1968 roku przyszedł przykaz z generalatu: jak najszybciej rozpocząć doktorat. Całe szczęście, że już zebrałem nieco materiału na wyspie Palue. W czerwcu 1969 zrobiłem doktorat na UJ. Jednak nadszarpnąłem swoje zdrowie na tyle, żem na blisko pół roku włóczył się po spitalach. Stan mojego serca nie dawał wielkiej nadziei, że jeszcze wrócę do Indonezji. Ale znowu rachuby ludzkie były inne od Bożych. Wróciłem na Flores. W latach 1972-73 byłem dodatkowo wykładowcą gościnnym na katolickim uniwersytecie Atma Jaya w Dżakarcie i na państwowym uniwersytecie Nusa Cendana w Kupangu na Timorze. W 1974 roku dostałem jednak stypendium habilitacyjne w RFN-ie. Habilitację z antropologii zrobiłem w czerwcu 1977 również na UJ.
Kiedy byłem w RFN-ie, zaproponowano mi stanowisko profesora w Moguncji albo w Zurychu. Była to wielka pokusa zrobienia kariery naukowej. Jednak z Moguncji nic nie wyszło, bo rząd krajowy skreślił jeden etat, a z Zurychu sam się wycofałem. Ostatecznie moim powołaniem była praca misyjna, a tej bym napewno nie miał w Niemczech czy w Szwajcarii. Wróciłem więc na Flores, świadomy wszystkich braków i niedostatków; wiedziałem, że tutaj kariery naukowej nie zrobię.
Muszę też zaznaczyć, że mimo wszystko w seminarium misjonarzem się nie czułem. W duszpasterstwie pracowałem bezpośrednio tylko na wyspie Palue. Kiedyś np. ochrzciłem tam w jednym dniu ponad 90 dzieci – od niemowlaków aż po przedszkolaków.
W roku 1984 zaproponowano mi objęcie profesury na państwowym uniwersytecie Airlangga w Surabaya. W przyszłym roku miano tam otworzyć program studiów antropologii. Potrzebowali wykładowców z tytułem i doświadczeniem. O. generał zgodził się na tę propozycję i na odchodne powiedział mi: „that’s your mission impossible.” Jest to tytuł znanego serialu telewizyjnego i przetłumaczyć by to można jako „niemożliwa misja”.
Początek w Surabaya był niełatwy. Kompletnie nowe środowisko. Wszystko ludzie świeccy, w ogromnej większości muzułmanie i cztery nowe przedmioty, choć w sumie bliższe mojej specjalności niż np. filozofia przyrody. Poza tym było to budowanie od podstaw. Przy wszystkim trzeba było zaimponować treścią i jakością zajęć oraz znaleźć wspólny język z kolegami. Wreszcie poczułem się misjonarzem – pracowałem wśród prawie samych innowierców. Ewangelii tam głosić nie mogłem słowem, trzeba ją było głosić przykładem życia.
Z kierownikiem programu ustaliliśmy, że musimy przygotować kadry i to do trzech kierunków – antropologii kulturowej, antropologii fizycznej i prehistorii. W ciągu pięciu do siedmiu lat miały się rozwinąć właśnie te trzy programy studiów. Ja miałem przygotować kadrę do antropologii fizycznej. Z czasem wybrałem trzy asystentki (mężczyzny trudno było zdobyć, bo albo sie nie nadawał albo nie miał ochoty pracować na uczelni). Ku zdziwieniu kolegów pierwszą asystentką była muzułmanka, drugą chrześcijanka, ale nie-katoliczka, trzecią również muzułmanka.
Od początku starałem się stworzyć klimat rodzinny, a nie hierarchiczny, gdzie jako szef decydowałbym i wydawał rozkazy, a asystentki by je wykonywały. Pracę dzieliliśmy pomiędzy siebie wspólnie. W razie potrzeby, gdy ktoś nie mógł wykładać, ktoś inny zaskakiwał.
Jedną z asystentek wysłałem najpierw do Stanów Zjednoczonych, a potem do Australii, gdzie w tym roku – da Bóg – zrobi doktorat pod kierunkiem polskiego antropologa. Druga wolała wybrać dalsze studia w Niemczech i już wróciła z dyplomem doktorskim (doktorat zdała z wyróżnieniem). Trzeciej nie mogłem posłać za granicę, bo już miała rodzinę, a więc niedawno zrobiła magisterkę u mnie.
Tak więc w pewnym sensie wykonałem zadanie. Jest młoda kadra, która może kontynuować i rozwijać pracę; każda według swojej specjalizacji. Mogę więc powiedzieć za Symeonem: „Teraz, o Panie, pozwól odejść swemu słudze w pokoju...” (Łk 2, 29). Tym bardziej, że do siedemdziesiątki mi już niedaleko. A to jest tutaj ostateczny wiek emerytalny. Chciałbym wreszcie na starość trochę przestać być profesorem, a więcej zająć się duchowością. A może, jak Pan Bóg jeszcze da trochę życia i zdrowia, napisałbym jeszcze coś większego. Może jakiś podręcznik albo i coś popularnego o Indonezji, by w Polsce trochę więcej o niej wiedzieli.
Nie wszystko jednak szło i idzie tak gładko, jakby wynikało z opisu. Droga nieraz była kamienista i pełna wyrw. Ale takie już jest życie. Nasz założyciel nawet podejrzewał każdy plan, który mu się układał za łatwo. Dzieło Boże zawsze musi być naznaczone krzyżem.
Bezinteresowna zawiść nie jest wyłącznie polską przywarą. Podkładanie nóg też nie. Nawet wśród współbraci, innych narodowości. Najbardziej boli, gdy dobre intencje i chęć pomocy, odczytywane jest jako słabość, którą należy wykorzystać.
„Wyprodukowałem” tutaj parunastu doktorów. Na ogół okazują wdzięczność i utrzymują ze mną kontakt, nawet przez lata. Jest wśród nich wielu muzułmanów. Boli jednak, gdy docierają do mnie obmowy poza moimi plecami, a wśród obmawiających nie brak chrześcijan, a nawet katolików.
Na ogół mogę ze swoich byłych podopiecznych być zadowolony. Od początku swego pobytu tutaj uważałem, że, gdy inni budują kościoły, ja mogę jedynie „budować ludzi”. Ze swoich skromnych zasobów pomagałem biednym, ale zdolnym studentom. Pan Bóg jakoś tak sprawił, że zawsze znajdywałem dobrodziejów. Wielu z tych studentów dzięki temu wyszło na ludzi i paru z nich nawet porobiło kariery. Nieraz jestem zaskoczony ich pamięcią i wdzięcznością.
Tak by to wyglądało po ludzku. Nie wiem, jak Mistrz to wszystko oceni, i jak oceniają mnie i moją pracę inni.
2. maja 2002.
o. Józef Glinka SVD