Każde lotnisko ma swój niepowtarzalny
zapach. Wysiadając w Atenach zaciągam się delikatnym
wiatrem, łaskoczącym nozdrza zapachem żywicy nadmorskich
sosenek. W Abu Dhabi nawet w środku nocy żar przeciska się
przez tkaninę ubrania i parzy ciało. A na lotnisku w Jakarcie
przy przejściu przez ostatnie automatyczne drzwi zderzamy się
z masą wilgotnego powietrza. Skóra momentalnie pokrywa się
cieniuteńkim nalotem pary, jak gdyby chciała zrekompensować
sobie przebywanie w suchym powietrzu Europy.
Samochód podjeżdża i załadowawszy bagaże suniemy
wolno w stronę autostrady do miasta. Już na lotnisku mamy
przedsmak tutejszych obyczajów na drogach. Pomimo znaków zakazu
postoju i parkowania, wzdłuż terminalów kłębią
się wytworne limuzyny, taksówki i różnorakie samochody
osobowe. Wszyscy chcą jak najszybciej odebrać swoich pasażerów
- toteż stoimy w korku czekajac, aż wreszcie któryś
kierowca pójdzie po rozum do głowy i ustąpi miejsca innemu,
by ten mógł się przesunąć i dać wyjechać
ustępującemu.
Nowym pasmem autostrady omijajacej stare, zatłoczone centrum
miasta mkniemy do nowego centrum, rozciagajacego się z północy
od pomnika Monas na południe aż do słynnej dzielnicy
handlowej - Blok M. Wzdłuż ulic Thamrin i Sudirman okazałe
biurowce wyrosły jak grzyby po deszczu. W 1983 roku, gdy tu
przyjechaliśmy, na całej długości obu ulic było
może 5, może 10 budynków. Teraz jest to Manhattan, a każdy
biurowiec urzeka unikalnością architektury, choć wielu
narzeka na kiczowatość niektórych budowli. Jadąc od
lotniska w stronę tego centrum mijamy inne molochy - centrum
handlowe i hotel Citraland, kompleksy apartamentów, oraz monstrualnych
rozmiarów kompleks Taman Anggrek z jego 8 czy 10 wieżowcami
mieszkalnymi które ustawiono tak blisko siebie że z okien można
sąsiadom niemal "zaglądać do garnków".
Dojeżdżając do Hotelu Sultan (dawny Hilton) (jedno skrzydło
15 lat temu, dziś kilka oraz ekskluzywne wieżowce apartamentów)
skręcamy na południe w stronę dzielnic preferowanych
przez pracowników z zagranicy. Przebijamy się wolniutko przez zatłoczony
Blok M, mijając kompleksy sklepów, dworzec autobusowy, no i oczywiście
słynne nocne kluby ożywające dopiero wieczorem. Z każdej
strony kłębią się czarne wyziewy z rur wydechowych
autobusów, trzykołowych dwusuwów "bajajow" i spokojnie
czekających w kilometrowych korkach samochodów osobowych. Zatłoczenie
na drogach sięga zenitu szczególnie w porze deszczowej, gdy
studzienki ściekowe nie nadążają przyjąć
powodzi lejącej się z nieba, woda stoi więc na szosie
tworząc ogromne jeziora. Przejechanie wówczas kilku kilometrów w
czasie poniżej kilku godzin graniczy z cudem.
Ale dziś nie pada i w normalnym czasie 50 minut (z lotniska mamy 20
km) dojeżdżamy do naszej dzielnicy. Południowa Jakarta
dzieli się jeszcze na kilka mniejszych części. Dzielnica
Kemang, ze słynnym sklepem spożywczym "KemChicks",
gdzie można kupić prawie wszystko co dusza kulinarna zapragnie,
opanowana została głównie przez Holendrów i Brytyjczyków.
Dzielnicę Pondok Indah, gdzie znajduje się Międzynarodowa
Szkoła w Jakarcie, zamieszkują głównie Amerykanie i Japończycy.
Niemniej jednak, sporo rodzin rozsiało się po całej
Jakarcie, a autobusy szkolne dowożą dzieci nawet z odległych
miejscowości jak Bogor, Tangerang czy fabrycznej Bekasi.
Życie płynie tu pod znakiem pracy i szkoły. Wśród
"expats" czyli zagraniczniaków, najczęściej pracuje
tylko mężczyzna, i to od świtu do nocy, gdyż do
pracy wyjeżdża rano by zdążyć przed korkami
ulicznymi, a wraca późno wieczorem po kolacji z interesantem.
Tymczasem żona zajmuje się dziećmi, szkołą,
i działalnością charytatywną. Niewiele jest tu
miejsc pracy dla kobiet - poza szkołami, których jest kilka, oprócz
dwóch międzynarodowych są także inne szkoły:
Brytyjska, Francuska, Japońska, Koreańska, Holenderska,
Niemiecka, Ghandi School, oraz kilka szkół indonezyjskich z wykładowym
językiem angielskim. Prawo indonezyjskie traktuje kobiety inaczej,
toteż pracująca kobieta nie ma żadnych przywilejów przysługujacych
pracującemu mężczyźnie. Wobec tego, wiekszość
kobiet - matek dzieci uczęszczających do którejkolwiek z tych
szkół - angażują się w organizację zajęć
pozaszkolnych jak sport, religia czy kluby językowe, lub zajęć
wspomagających program typu zorganizowanie Dnia ONZ, Dnia Ziemi,
czy Tygodnia Indonezji. Inne kobiety natomiast zajmują się
pracą charytatywną z organizacjami wszelkiego rodzaju - od upośledzonych
malarzy, po sierocińce i obozy uchodźców z Kambodży.
Jako że każda rodzina "białych" (za których
uważani są wszyscy nie będący Indonezyjczykami) jest
społecznie zobligowana do zatrudnienia 2-5 osób służby
(w zależności od wielkości domu, potrzeb rodziny, i
zasobności kasy, choc z tym wiekszość nie ma problemów)
kobiety mają mniej pracy typowo domowej. Jedna dziewczyna pierze i
prasuje, druga sprząta i ściele łóżka, trzecia
gotuje, czwarta jest tylko do niemowlęcia, jej mąż sprząta
ogród i zajmuje się basenem, a jeszcze inny chłopak jest
kierowcą samochodu. Niektóre rodziny zatrudniają jeszcze więcej
osób - powodem bywa i snobizm, ale też i litość gdy służąca
przyprowadzi "kuzynkę" ze wsi i prosi o znalezienie jej
pracy. A tu w każdej wsi wszyscy są kuzynami i kuzynkami!
Ale mają życie!!! - powie zapracowana kobieta w Europie, gdzie
na jej głowie jest i praca zawodowa, i zakupy, i cała robota w
domu, i dzieci, i jeszcze wymagający mąż.
Tak, jest lżej pod względem pracy domowej. Lecz coś za coś!!!
Nie ma tu parków, gdzie można wyjść z dzieckiem na
spacer. W ogóle się tu nie spaceruje, prawie cała Jakarta
pozbawiona jest chodników! Jeździ się wszędzie
samochodem. Jest to trzecie miasto na świecie pod względem
zanieczyszczenia powietrza. W porze deszczowej zalane ulice uniemożliwiają
poruszanie się gdziekolwiek, pomijając już fakt zalewania
domu, a muszę wspomnieć że wiekszość Jakarty ma
otwarte ścieki, tzw. rynsztoki, w których nagminnie buszują
szczury. Woda deszczowa wypłukująca te rowy nie jest więc
najprzyjemniejsza. W porze suchej pobyt w klimatyzacji i wyjście na
zewnątrz to wejście do sauny - a takich zmian temperatur robi
się dziennie setki. Płacimy więc za ten klimat chorobami,
reumatyzmem, i tęsknotą za suchym, rześkim powietrzem którego
można nabrać cale płuca i rozkoszować się
zapachem. Moje dzieci nigdy nie widziały wiosny - bazi,
kaczeńców, pączkujących listków, nigdy nie zaszurały
butami w stosach opadłych liści, nie piekły na polu
ziemniaków, nie zbierały kasztanów...
Jakarta - miasto-moloch. Może jednak lepiej żyć w
Warszawie?
29-04-1997
|