Agonia raju

Odkad pamietam - a pierwsze moje z nim spotkanie bylo w grudniu 1984 roku, gdy jeszcze bylo niewielkim barakiem - lotnisko Ngurah Rai zawsze rozbrzmiewalo charakterystyczna muzyka balijska, cieplym plumkaniem bambusowych cymbalkow, gongami gamelanu. W powietrzu unosil sie slodki zapach kadzidelek palonych w fantazyjnych koszyczkach uplecionych z palmowyh lisci jako ofiara bogom, oraz roznojezyczny gwar wysypujacych sie z samolotow turystow. Usmiechniete tlumy chlopcow hotelowych, w kolorowych sarongach przepasanych obowiazkowa szarfa, w smiesznie zawiazanych chustach z czubem jak korona na glowie ksiecia, witaly ich radosnie wymachujac drewnianymi hotelowymi tabliczkami z nazwiskami. "Taxi? Taxi? Transpor? Transpor?" rozlegaly sie okrzyki wokol wychodzacych szpalerem wycieczkowiczow, czesto bezradnie rozgladajacych sie wokolo.

Foto by Manfred Leiter,  http://www.tropicalisland.com  

 

Nie dzis. Dzis z glosnikow lotniskowych saczy sie jakas smetna melodia, zupelnie nie pasujaca do otoczenia nowego juz budynku, pieknie udekorowanego kamiennymi rzezbami i glinianymi wazonami, tonacego w kwiatach. Kadzidelek nie czuje, tak jakby ktos zapomnial dzis oddac czesc swym bogom. Najbardziej kluje w oczy pustka. Oprocz grupy tureckich marynarzy spieszacych sie na statek, jestesmy niemal jedynymi pasazerami w hali.

To sobota. Nastepna po tej tragicznej, 12 pazdziernika 2002. Data, ktora wryje sie w pamiec Balijczykow na zawsze.

Czeka na nas hotelowy chlopak, nerwowo przestepujac z nogi na noge gdy czekamy na swe bagaze. Pakuje nas do samochodu bez slowa, bez usmiechu, i dopiero w drodze przez ogromny pusty parking lotniska zaczyna sie pytac, ostroznie najpierw "Czy przyjechaliscie po bliskich?" Nie, odpowiadamy, a jego twarz wyraznie rozluznia sie, i niesmialy usmiech rozgaszcza sie na okraglej twarzy. Obawial sie, bo dwoje ludzi z hotelu w ktorym sie zatrzymamy - nie wrocilo tamtej nocy. Przyjechala juz ich rodzina. Siedza. Placza. Czekaja co bedzie dalej.

Przemieszczamy sie w strone hotelu w zawrotnym tempie, i nagle rozumiem dlaczego - ulica jest niemal pusta. Zazwyczaj jedzie sie tutaj powoli, majestatycznie, w przerazliwie dlugim korku, ciagnacym sie wzdluz tych pieciu glownych ulic centrum turystycznego Kuta. Po obu stronach tychze ulic parkuja male "bemo" na 6-8 osob, Kijangi na 5-6 osob, a ich kierowcy, stojac na chodniku i namietnie krecac w powietrzu ogromna kierownica jakiegos pojazdu, zaczepiaja kazdego napotkanego "bule" i wesolo nawoluja "transpor? transpor?" z uporem maniaka zjadajac koncowe "t". Miedzy samochodami przeciskaja sie motocykle dowozace paczki sarongow czy koszulek do bud na targu, rowery, mini-restauracje "kaki lima", i od czasu do czasu konik wielkosci kucyka ciagnacy drabiniasty wozek na dwoch kolach, pelen zachwyconych turystow. Dzis nie ma na ulicy nikogo. Kilka zaparkowanych samochodow nie stanowi zadnej przeszkody dla naszego kierowcy i juz po paru minutach skrecamy do ukwieconego wjazdu. Gramolac sie z samochodu do hotelowego hallu zauwazam kilku znanych mi chlopakow, lecz nie podchodza do nas, kiwaja tylko glowami z daleka, usmiechajac sie niesmialo. To samo dzieje sie w recepcji. Cichy glos, niemal szept recepcjonistki nadaje ton calemu naszemu pobytowi.

Foto - Andrzej Jakubowski

Zostawiamy klamoty w pokoju, odbieramy wynajety samochod, i kierujemy sie w strone tamtej ulicy. To tylko kilka minut jazdy, troche na okraglo, bo wiemy, ze jest nieprzejezdna i trzeba do niej podjechac jak najblizej, a potem juz tylko na piechote. Parkujemy niedaleko "bemo corner" - dzis kompletnie pustego. Skrzyzowanie czterech najglowniejszych ulic Kuty jest okupowane tylko przez dziesiatki zaparkowanych motocykli, ktore rowniez wytaczaja sie powoli z TEJ ulicy. Ale samochodow nie ma.

Idziemy w strone Balijskiego "ground zero". Od skrzyzowania kilka sklepow czynnych, lecz kupujacych brak, a sprzedawcy siedza posepnie na krawezniku. Dalej juz sklepy pozamykane. Pierwsze dwie restauracje, z ktorych jedna to nasza ulubiona "Mini" rybny grill - zamkniete, metalowe zaluzje opuszczone w dol, choc miedzy szparami widac, ze w srodku kreca sie ludzie. Wzdluz chodnika zaczynaja sie dwa szpalery ustawionych na sztalugach wiencow kondolencyjnych - papierowe i foliowe kwiary, kolorowe styropianowe napisy. Od poniedzialku przychodza tu co chwila delegacje wszystkich firm na Bali, hoteli, resturacji, sklepow, linii lotniczych, a kazda delegacja sklada taki wieniec oraz odprawia swoje modly. To poza oficjalnymi modlami i ceremoniami puryfikacji, oczyszczenia miejsca ze zlych duchow, ulatwienia duszom zamordowanych dojscia do nieba.

Foto - Andrzej Jakubowski

Z tylu za szpalerem wiencow rozwieszone dlugie biale transparenty na ktorych wypisane sa hasla w wielu jezykach, glownie po Indonezyjsku. Malo czytelne, lecz niektore wyrazne, grubo namazane flamastrem, powtarzajace sie co iles krokow, "Fuck you teroris" Usmiecham sie w sobie, to tak charakterystyczna reakcja tutejszych chlopcow, no i to zjedzone koncowe "t". Nie mam jednak czasu na lingwistyczna analize transparentow, bo juz zaczyna sie nam ukazywac wieksza dewastacja. Dachowki na dachach porozrzucane, jakby podmuch huraganu podniosl je i pozwolil opasc za chwile w nieladzie. Zgiete drzewka, wybite szyby, ale to jeszcze nic. To jeszcze nic.

Foto - Andrzej Jakubowski

Podchodzimy do zoltej tasmy odgradzajacej nas od miejsca wybuchu - i tu dopiero widac co sie dzialo. Lapie mnie za gardlo jakis dziwny skurcz. Pieka oczy. Wokol mnie cisza przerywana szeptem ludzi i dzwonkami komorek. Operator jakiejs duzej kamery stoi wpatrzony w przeciwlegly odcinek ulicy, na ktorej nadal stoja wypalone wraki samochodow i taksowek.

Foto - Andrzej Jakubowski


Patrze w prawo, na pozostalosc budynku w ktorym znajdowala sie resturacja i klub Paddy's. Wypalone szczatki. Ogromna szyba ktora byla zamocowana od frontu zniknela. Wiem, gdzie wyladowala w setkach kawalkow - na plecach ludzi jedzacych kolacje przy stolikach.


Patrze na wprost. Z drugiej resturacji z prawej strony nie zostalo nic poza platanina zelaza - sila wybuchu wykruszyla beton z podlogi pierwszego pietra, nawet z filarow nie zostalo nic poza drutami. No toz jak moglo cokolwiek zostac z ludzi ktorzy tam byli?

Foto - Andrzej Jakubowski


Posrodku szosy namiocik nad dziura w ziemi na cztery metry szeroka. To tu stal ten samochod. Juz wiemy ze byly dwa. Oba zatrzymaly sie przed Sari Club, staly dobra chwile podczas ktorej caly korek przemiescil sie niemal do konca ulicy, do skrzyzowania i "bemo corner", a wowczas kierowca drugiego auta wyskoczyl i przesiadl sie do pierwszego, ktore na pelnym gazie nagle odjechalo.
W tym samym momencie rozpoczely sie wybuchy - dwa mniejsze, powodujace panike i ucieczke w strone ulicy i kilka sekund pozniej ogromna detonacja, slup ognia, huk i zgrzyt rozszarpywanego metalu, i ciemnosc rozswietlona tylko pozarem.

Foto - NN

Patrze w lewo. Po Sari Club nie zostalo nic, a wokol jeszcze szesc budynkow stoi w szczatkach. Stoje obok sklepu sportowego, moge zajrzec do srodka, bo przeciez to juz nie sklep tylko pare murow.

Widac zawalony dach i szczatki ogromnej szyby na chodniku. Te piekne, ogromne szyby kilkunastu witryn i restauracji pochlonely dziesiatki ofiar w jednej sekundzie, kiedy z brzekiem zmienily sie w ostre szpile dziurawiace ludzi jak sito. Przed sklepem kupka nadpalonych butow wszelkiej masci i rodzaju. Jakas torebka, pasek, chustka, kawalek koszulki.

Foto - Andrzej Jakubowski

Stoimy dluga chwile w ciszy, patrzac i nie wierzac wlasnym oczom. Co tu sie dzialo? Ile krwi splynelo? Ile lez i krzykow, nawolywan "Mamo, gdzie jestes? Pomozcie mi" Nie, nie moge na to patrzec. Nie moge o tym myslec. Idziemy stad.

Foto - Andrzej Jakubowski


Jakie to proste. Idziemy, odchodzimy, nie musimy na to patrzec, nie musimy zastanawiac sie w ktorym miejscu dokladnie stal nasz brat, ojciec, kuzynka, kolezanka. Wiem, Jamie zginal w tym miejscu. Wiem, w ktorym miesjcu stal - obok tego samochodu z bomba. Widzial go kolega w trzecim samochodzie dalej, w momencie wybuchu. Sam przezyl, ciezko poparzony. Wiec skoro to wiem, wystarczy tylko spojrzec na namiocik. To tam. Patrze jeszcze raz i odchodze.

Idziemy nad morze, siadamy na kawe. W zasadzie milczymy, bo co mozna powiedziec? Jak objac umyslem ta nienawisc do ludzi, ta chec zniszczenia nie tylko cial i rzeczy materialnych, ale duszy, atmosfery tej wyspy? Podchodzi do nas uliczny sprzedawca gazet, oferujac wszelkie gazety - australijskie, nowo zelandzkie, niemieckie. "Po co mi gazety ze swiata?" mysle zerkajac na jego narecze i nagle zamieram. Na pierwszej stronie nowozelandzkiej gazety ogromne zdjecie Jamie z najmlodsza corka. Sprzedawca widzi moja mine i wykorzystuje sytuacje. Nie prostestuje i kupuje te gazete za bajonska sume.

Dopiero wieczorem, siedzac nad morzem na lezaku, co kiedys bylo niemal niemozliwe z racji okupowania ich przez gosci przepelnionego hotelu,, wpatrujac sie w zachodzace slonce, dociera do mnie swiadomosc. Jamie nie zyje. Nie ma go. Nie ma jego ciala, byc moze nigdy sie go nie znajdzie. Lzy wypelniaja mi oczy. Dociera do mnie tez ogrom dewastacji, nie tylko na tej jednej ulicy, lecz na calej wyspie. Hotele puste. Ulice puste. Sklepy puste. Targ pusty. Restauracje puste. Co ci ludzie beda robic? Dzis rozmawialismy z kilkoma smutnymi Balijczykami, ktorzy na co dzien sa tak weseli, tak szczerze usmiechnieci i przyjazni. Kazdy z nich pytal nas z nadzieje w glosie "No i co z nami bedzie?" jakbysmy mieli dla nich pocieszajaca odpowiedz.

Foto by Manfred Leiter,  http://www.tropicalisland.com

Znajomy "naganiacz" stal na ulicy przed restauracja "Daddy's", patrzac slepo przed siebie. Nie musial patrzec ani w lewo ani w prawo, wypatrujac potencjalnego klienta. Na calej ulicy nie bylo ani jednego "bule" poza nami, a my wlasnie skonczylismy kolacje. Popatrzyl na nas, podziekowal, ze u niego wlasnie jedlismy, i spuscil glowe. Potem podniosl ja jeszcze i powiedzial "Bali paradise is dead. We are dead."

Foto - Andrzej Jakubowski

PS. W dzisiejszej gazecie Jakarta Post jest artykul: hotele w 11% zajete. By wyjsc na zero musza miec 40%. Jeszcze tydzien temu mieli 80%. To tylko hotele. 130,000 ludzi szykuje sie do zwolnien. Ta liczba nie obejmuje setek ulicznych sprzedawcow, plazowych masazystek i manikiurzystek, kobiet plotacych fantazyjne warkoczyki turystkom na glowach. Ta liczba nie obejmuje setek sprzedawcow pamiatek na calej wyspie, przy kazdej swiatyni, na kazdej ulicy. Ta liczba nie obejmuje setek kierowcow, tragarzy, kelnerow i naganiaczy. Chlopak ma racje. Bez turystyki, "Bali is dead". Agonia raju.

Foto by Manfred Leiter,  http://www.tropicalisland.com

Slowniczek:

"Gamelan" = instrument muzyczny zlozony z kilkunastu gongow i zestawow cymbalek uderzanych mloteczkiem
"Sarong" = kawalek materialu zawiazany jako spodnica
"Kijang" = najpopularniejszy samochod w Indonezji, taki "lazik"
"Kaki lim"a = czyli "piec nóg" = dwa koła od roweru, dwie nogi pchającego wózek "kucharzo-kelnera" oraz jedna "nózka podpórka" jak restauracja staje przy krawezniku i "kucharzo-kelner" wydaje dania, a ma ich najczesciej 2-3 rodzaje.
"Bule" = popularna nazwa białych ludzi, nieco obraźliwa
"Bemo" = nazwa mini-autobusiku z otwartymi drzwiami i ławeczkami dla 6-8 pasażerów wzdłuż ścian samochodu. Zatrzymuje się gdziekolwiek kiedykolwiek chce pasażer. "Bemo-corner" to miejsce na skrzyzowaniu 4 ulic, gdzie turyści zawsze mogli znaleźć tani transport, szczególnie w nocy lub nad ranem.

Beata Mirecka-Jakubowska
Jakarta, Indonesia
South East Asia

Specjalne podziekowania Manfredowi Leiterowi za pozwolenie uzycia kilku zdjec z jego fantastycznej strony o Indonezji - zobaczcie www.tropicalisland.de/indonesia.html
Special thanks to Manfred Leiter for permission to use a few of his photos from his fabulous site about Indonesia, which can be viewed at www.tropicalisland.de/indonesia.html