P. Józef Glinka SVD * P.O.Box 1186 SB * Surabaya 60011 * Indonesia
email: glinka@indo.net.id
1 marca 2010
dary: Referat Misyjny Księży Werbistów, PKO Elbląg, nr konta 42 1240 1226 1111 0000 1395 9119
Drodzy Przyjaciele,
Rok 2009 zakończył się nieco smutnie; mieliśmy zgony dwóch wybitnych osob. 30 grudnia zmarł Gus Dur, długoletni przywódca przystosowawczego odlamu islamu, a dwa dni później zmarł Frans Seda, długoletni przewodniczący partii katolickiej.
Gus Dur to człowiek-legenda, w pewnym sensie sumienie narodu. Gorliwy muzułmanin, ale i przekonany demokrata i patriota. Często zabierał głos w sprawach, które uważał za ważne, ale nieprzyjemne dla wielu – rządzących i współwyznanawców, dlatego miał wielu przyjaciół, ale i wielu wrogów. Zawsze stawał po stronie słabszych i mniejszości. Organizacja młodzieżowa jego ugrupowania pilnowała kościołów, gdy terroryści zaczęli podkładać bomby pod kościołami. Był członkiem międzynarodowego komitetu Religie dla Pokoju. Był czwartym prezydentem Indonezji. Niestety w tej roli słabo wypadł. Sprawdziła się tu stara prawda, że dobry przywódca religijny na ogół jest słabym politykiem. Ale w krótkim czasie swego urzędowania przeprowadził bardzo wiele pozytywnych zmian. W jego pogrzebie szacunkowo brało udzial milion osób – wszystkich religii i ugrupowań politycznych. Również wielu księży. Mówiło się o milionie płonących zniczy. Niepowetowana strata dla Indonezji.
Seda pochodził z Flores. Studia w Holandii opłacał mu jeden z holenderskich misjonarzy. Po studiach miał wrócić i pracować na Flores, ale prezydent Sukarno zamianował go ministrem. Był ministrem w kilku kabinetach, chyba przez 20 lat. Autorytetem dla wielu pozostał nawet i wtedy, gdy już nie był w rządzie. Był blisko zaprzyjaźniony z Gus Durem i z wszystkimi prezydentami Indonezji. Często się z nim spotykałem i dyskutowałem na tematy naukowe, szczególnie w okresie, kiedy wykładałem na katolickim uniwersytecie Atma Jaya w Dżakarcie. Również wielka strata.
Inna smutna wiadomość to choroba mojej przybranej wnuczki, Małgosi. Od grudnia narzekała na bóle brzucha i dwukrotnie wylądowała w szpitalu. Okazało się, że miała tyfus i zakażenie paskudnymi bakteriami – Helicobacter pylori, które powodują wrzody żołądka i dwunastnicy oraz zakażenie przewodu moczowego. Żal mi jej, bo dużo cierpi. Wszelkie opłaty za leczenie pokrywam ja, bo to, co zarabia jej matka, nie starcza im na życie. Najdroższe są lekarstwa. Do tego dochodzi niemałe honorarium lekarskie i opłata za pobyt w szpitalu. Wydatki były daleko większe, niż początkowo liczyłem. Niestety powszechnego ubezpieczenia tu nie mamy. Można się ubezpieczyć prywatnie, ale niewielu ludzi na to stać. Pan Bóg wypróbowywał mnie znowu, jak silne jest moje zaufanie do Niego. Ale mnie i tym razem nie zawiódł. Znalazłem paru hojnych dobrodziejów tutaj i serdeczne dzięki Wam, którzy mnie wielkodusznie wspieracie w mojej charytatywnej działalności. Bez tej pomocy Małgosia nie mogłaby się leczyć.
Nasza była pracownica przywiozła z wyspy Sumby dwoje prawie zagłodzonych dzieci swojej bratanicy. 8-letnia dziewczynka jeszcze nie chodzi do szkoły, bo matki nie stać na mundurek szkolny. Jej dwuletni braciszek jeszcze nie umiał wstać. Dopiero należyte jedzenie postawiło go na nogi. Nieco i im pomagam. W obu wypadkach powód ten sam: tata zostawił dzieci i poszedł w świat. „Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, mnieści uczynili.”
Stan moich nóg się mocno poprawił; mogłem chodzić bez laski. Zaniechałem więc przyjmowania lekarstwa, które pomaga w regeneracji stawów. Pojechałem do Dżakarty szukać wody w pewnej fabryce i nadwyrężyłem swoje kolana. W efekcie po powrocie do domu prawie nie mogłem chodzić; już przygotowałem sobie nawet swój wózek inwalidzki. Teraz mi dobrzy ludzie postarali się znowu o lekarstwa i dodatkowo nacieram kolana maścią borowinową, przysłaną mi z Polski. Powoli wracam do normy. Jest znaczna poprawa, ale do normalnego stanu jeszcze daleko. Starego grata nie daje się niestety przerobić na nowy.
Mój pobyt w Solo, o którym wspomniałem w poprzednim liście, nie był daremny. Po zlikwidowaniu pola geopatycznego pani domu po 7 latach małżeństwa wreszcie zaszła w ciążę. Echem rozległo się to po mieście i wiele młodych, dotąd „bezpłodnych” par, przyjeżdżało do mnie na konsultacje. Będę więc musiał się tam znowu wybrać, by w paru domach pozakładać kompensatory. Mimo że jestem biologiem, nigdy nie miałem żadnych zainteresowań w kierunku badania niepłodności. To spowodował przypadek. Jeden z moich byłych studentów, wtedy już lekarz, prosił mnie o zbadanie, czy przez jego dom przebiegają jakieś żyły wodne. Byli wtedy już blisko 4 lata po ślubie, ale nie mieli dzieci. Odkryłem, że spali na żyle wodnej. Postanowili przenieść sypialnię do innego, bezpiecznego pokoju. Po 12 dniach Linda zaszła w ciążę. Tak się to zaczęło i do tej chwili pomogłem już parudziesięciu parom.14 lutego obchodziliśmy imlek, chiński nowy rok. Miałem zaproszenie aż na trzy przyjęcia. Byłem na dwóch. Jakież ilości w tych dniach ludzie potrafią zjeść! A głównie musi to być wszelkiego rodzaju mięsiwo. Jest przy tym zwyczaj, że pan domu samotnym gościom wręcza angpao – czerwoną kopertę z pieniędzmi. A że jestem samotny i ja parę takich kopert otrzymałem. Przydały się te pieniądze dla chorej Małgosi. Obecny rok stoi pod znakiem tygrysa. „Rok będzie dobry, bo mocno padało” – stwierdzili Chińczycy. Deszcz to znak błogosławieństwa.
Pod koniec ubr. odwiedził Indonezję kardynał Thauran, szef papieskiej komisji do dialogu z religiami. Spotkał się tu między innymi z przywódcami islamu i w instytucie islamickiej teologii wygłosił odczyt nt. tolerancji religijnej i współpracy różnych religii. Zaimponowało mu sąsiedztwo katolickiej katedry i dużego meczetu jako znak dobrych stosunków katolicko-islamickich. Historia tego sąsiedztwa wygląda jednak nieco inaczej. Katedrę wybudowano jeszcze przed wojną, meczet pod koniec lat 1960-tych. Wtedy i przez następne lata usiłowano budować meczety w pobliżu kościołów. Muzułmanie modlą się pięć razy dziennie. Rano daleko jeszcze przed świtem głośniki minaretów oznajmiają czas modlitwy. Po parudziesięciu minutach nawoływanie ustaje. W niedzielę jednak niektóre meczety, leżące w pobliżu kościoła, dudnią tak długo, jak długo w kościele odbywają się nabożeństwa. Cel jest jasny: przeszkadzać. Kiedy w Malangu wybudowano wyższą szkołę teologii katolickiej, w pobliżu nie było żadnego meczetu. Islamici zakupili maleńki domek, leżący tuż naprzeciw szkoły, zamienili go na mini-meczet i wystawili wysoki minaret z głośnikami skierowanymi na szkołę. Pięć razy na dzień lecą więc wersety z koranu. Nie wszyscy muzułmanie są tego samego nastawienia co Gus Dur.
Mimo tych różnorodnych uniedogodnień chrześcijan stale przybywa. W samym mieści Surabaya na przykład co roku do dwu tysięcy dorosłych przyjmuje chrzest w Kościele Katolickim. W innych Kościołach pewno nie mniej. Ilość parafii w ostatnich trzydziestu latach się podwoiła. I stale jest ich jeszcze za mało. W pobliskiej katedrze co niedziela jest sześć mszy św., a kościół nie mieści wszystkich uczestników. Część wiernych siedzi więc na zewnątrz kościoła i śledzi liturgię na monitorach. Znaczy to, że Kościół w Indonezji jest żywy i prężny. Dziękować Bogu!
Życzę Wszystkim wielu łask przez głębokie przeżywanie tajemnic męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Pamiętajmy o sobie nawzajem w modlitwie.
Serdecznie pozdrawiam z antypodów.
Wdzięczny
o. Józef