P. Józef Glinka SVD * P.O.Box 1186 SB * Surabaya 60011 * Indonesia
email: glinka@indo.net.id
12 marca 2007 r.
Kochani Przyjaciele,
Niech Pan zmartwychwstały obdarzy Was obfitymi łaskami.
Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy przesłali mi listy na Boże Narodzenie. Ostatni list doszedł dopiero przed tygodniem. W takim wypadku nadawca na ogół zapomina zaznaczyć Priorytet, jak to teraz nazywa sie list lotniczy.
Podobno nieszczęścia lubią chadzać parami. Wydaje się, że u nas chodzą stadami. Dwa dni przed Nowym Rokiem zatonęły dwa statki. Jeden z nich płynął z południowego Kalimantanu do Semarangu, na środkowej Jawie. Na krotko przed osiągnięciem celu wpadł statek w ogromną burzę. Fale przelewały się przez statek. Pasażerowie wpadli w panikę. Załoga ich jednak uspokajała: „To minie.” Minęło, ale wtedy statku już nie było. Zatonął.
Na statku było ponad 600 pasażerów, a może i więcej. Do akcji ratunkowej szukania przystąpiła marynarka wojenna. Statki, helikoptery, samoloty. Akcja trwała parę dni. Uratowano tylko sześćdziesiąciu paru pasażerów.
W Nowy Rok maszyna Adamair leciała z Jawy do północnego Celebesu. Na krótko przed lądem pilot meldował, że znajduje się w ciężkiej sytuacji. Znowu huragan. Ponad trzy tygodnie szukali wraku samolotu i ewentulnych żywych pasażerów. Bez skutku. Przypuszcza się, że samolot nie zdołał dolecieć do lądu i spadł do morza. Jeśli samolot runął w morze, nie uratował się chyba nikt. Ponad sto ludzi straciło życie. Na pokladzie była rodzina jednego z naszych współbraci.
Sam kiedyś przez 45 minut leciałem w burzy. W samolocie nikt nie rozmawiał. Tylko z kabiny pilotów dolatywały śmiechy. Podobno w takich sytuacjach piloci odreagowują stres właśnie żartami. Nie liczyłem, że dolecimy do Surabayi. Samolot nie tylko podnosiło i rzucało w dół, ale wydawało się, że wichura targa go w prawo i w lewo. Na 10 minut przed Surabayą spokój. Samolot szykuje się do lądowania. Ale tuż nad pasem startowym wzbija się znowu w górę i tak dwa razy. „Chyba ster wysokościowym mamy uszkodzony” – pomyślałem. Za trzecim razem wylądowaliśmy szczęśliwie. Przy wyjściu z samolotu pytałem, czy często jej się takie loty zdarzają. To było jedyne jej doświadczenie tych rozmiarów. Pytałem, dlaczego aż trzy razy podchodziliśmy do lądowania. Otóż dwa razy na pasie lądowania nagle zgasly światła. Na Surabayę spadł tak ulewny deszcz, że powodował awarie oświetlenia. Na drugi dzień z gazety dowiedziałem się, że byliśmy ostatni, którzy siedli w Surabaya. Inne samoloty skierowywano do Denpasaru na Bali.
Obfite deszcze przyniosły z gór do Dżakarty takie ilości wody, że zalały duże części stolicy, miejscami po dach. Miliardy szkody. Najgorsze, że przez parę dni poszkodowani nie otrzymali żadnej pomocy ze strony władz miasta.
Jednocześnie trzęsienia ziemi wstrząsały różnymi wyspami. Znowu ogromne straty materialne oraz tysiące ludzi bez domów, często stracili cały życiowy dorobek. Na Jawie środkowej trzęsienie ziemi zrównało z ziemią parę wiosek i dużą część miasta. Nasz dom ocalał, jedynie kaplica ucierpiała dość mocno. Tabernakulum wyleciało przez okno.
I znowu zatonął statek. Na lotnisku Surabayi przełamał się samolot na pasie startowym. To znowu Adamair. W tych dniach na lotnisku w Yogyakarcie przy lądowaniu samolotowi złamało sie koło, skrzydło zahaczyło o ziemię i samolot stanął w płomieniach. 23 pasażerów spalonych, dziesiątki trafiły do szpitali.
Na Flores deszcz ogromnie się spóźnił, a więc co posadzili, to uschło. Teraz za to przyszły takie ulewy, że w wielu miejscach poobsuwała się ziemia, grzebiąc dziesiątki rodzin.
Coraz więcej ludzi stawia sobie pytanie: dlaczego aż tyle kataklizmów spada na Indonezję. Może trzeba postu i pokuty jak Niniwitom.
Długo się łamałem, czy się na wakacje wybrać. Powody znacie. Po nowennie, odprawionej w celu otrzymania światła z góry, i za namową paru współbraci, odważyłem się zrobić rezerwację, ale nadal jestem w rozsterce, obawiając się, że będę tam ciężarem. Mamy lecieć w trójkę: Jasiu Olęcki, Stachu Wyparło i ja i to już w połowie maja. Mam nadzieję, że zima nie odbije sobie swego i nie przyjdzie w maju. Po 40 latach w tropiku już nie bardzo służy nam zimno.
Ileż kalendarzy ludzie używają? 1. stycznia nasz Nowy Rok, 20. stycznia nowy rok islamicki, 1. Muharram 1428 (w tym roku, bo oni maja rok o 11 dni krótszy), 18. lutego Imlek, czyli nowy rok chiński 2558. W swej astronomii Chińczycy mają 12 znaków zodiaku + 5 elementów, które tworzą ten świat. Obecny rok jest rokiem złotej świni. Co oznacza możliwość wielkiego zbogacenia, rok korzystny dla bisnesu. A tym większość Chińczyków żyje - dorobić się! 19. marca bedzie nowy rok balijski (hinduski) 1929. Dawniej każda nacja miała swój sposób liczenia czasu. Nic zatem dziwnego, że uczony skądinąd mnich Dionisius Exiguus, który usiłował ustalić datę urodzenia Jezusa, pomylił się prawdopodobnie (tak twierdzą astronomowie) o 7 lat. Islamici zaczęli liczyć lata od ucieczki Mahometa z Mekki do Medyny. Nie orientuję się, od jakiego wydarzenia liczą lata Chińczycy. Ciekawe są ich znaki zodiaku: świnia, pies, koń, kogut itp.
Poszukuję pilnie kogoś, kto zechciałby napisac mój życiorys. Kiedyś zmusił mnie do tego psychicznie o. Ali. Teraz zmusza mnie to tego mój tutejszy przełożony. Nie wiem, czy to może bardzo spóźnione echo wizytacji generalnej, bo wizytytor niemal zaklinał nas, byśmy pisali autobiografie, aby przyszłe pokolenia wiedziały, że kiedyś w Indonezji działał taki siaki Polus. Jakoś trudno mi pisać o sobie, choć to niby najłatwiej, ale też najsubiektywniej. Toteż niemało się zdziwiłem, gdym usłyszał, że pewien współbrat wydał grubą autobiografię i to od razu aż w trzech językach. Boi się, by go historycy nie przeoczyli? Jak każdy archiwariusz, mój przełożony chciałby po mojej śmierci mieć jakieś konkretne dane o mnie. Konkretne dane o każdym werbiście są w katalogu, który generalat wydaje co roku: miejsce i rok urodzenia, rok wstąpienia do SVD, rok pierwszych, rok wieczystych ślubów i rok święceń kapłańskich. Rok śmierci można znaleść w werbistowskim kalendarzu liturgicznym. Co więcej trzeba? Urodził się, żył i umarł.
O moich wydatkach na cztery sieroty, które nadal wspieram, nie chcę się rozpisywać. Wszystkim ofiarodawcom muszę serdecznie podziękować za pomoc i muszę dodać, że wydatki jakoś rosną z ich wiekiem albo też wszystko podrożało.
W każdym telefonie pada pytanie: Jak twoje zdrowie? Odpowiadam krótko: Zgodnie z wiekiem. A czy jeszcze wykładasz? Musiałbym odpowiedzieć: Formalnie nie, ale de facto tak. Ostatnio nawet rektorowi katolickiego uniwersytetu, gdzie wykładam genetykę, przyszło do głowy zatrudnić mnie na stałe. Potrzebują nazwisk z doktoratami i to muszą być swoi ludzie, nie wypożyczani. A to znowu potrzebne jest do założenia nowego - medycznego - wydziału. Nie wiem, czy coś z tego wyjdzie, jeśli się buduje na samych emerytach.
Mija 50 lat mego kapłaństwa. Mija mi w tym roku 45 lat nauczania. Nieraz zazdroszczę współbraciom pracy duszpasterskiej. Ci to przynajmniej wiedza, że są księżmi. A ja? Wyświęcony belfer. Jest w tym jedno dobre, jest to praca misyjna w nieco innym wydaniu. I robię to z posłuszeństwa. To mnie pociesza.
Niech Was Pan ma w swojej opiece.
o. Józef