P. Józef Glinka SVD * P.O.Box 1186 SB * Surabaya 60011 * Indonesia
email: glinka@indo.net.id
listopad 2006.
Drodzy Przyjaciele,
„Przyszło do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli. Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi...” – pisze św. Jan (1, 11-12). Szczęśliwi my, jesteśmy dziećmi Bożymi! Ile miliardów jednak Go jeszcze nie przyjęło? Świadomość, że jesteśmy dzieśmi Bożymi powinno rozsadzać pierś naszą ze szczęścia. Czy ją jednak naprawdę rozsadza i pcha nas, by tę radość przekazywać innym? Chyba nie, bo nie byłoby miliardów, które tej radosnej nowiny jeszcze nie poznali. Boże Narodzenie jest okazją, by sobie to uzmysłowić. Życzę Wam wszystkim, by ta radość wypełniała Wam piersi w te wielkie dni.
Praca misyjna to właściwie nic innego, jak przekazywanie innym tej radości, która się realizuje w uczynkach miłości. Nie jest to więc jedynie czcza emocja, ale emocja, która rodzi czyn.
Bóg zapłać Wam za wszelką pomoc – duchową i materialną, która nam misjonarzom umożliwia dzieła miłości bliźniego.
Od maja mialem w planie wyjazd na Timor, by w domu dla emerytowanych współbraci zainstalować kompensatory. Niestety plan ten mogłem zrealizować dopiero w ubiegłym tygodniu i to też tylko krótko, bo czekały różne obowiązki. Celem moim było Nenuk, centrum werbistowskie te Timorze. Ostatnio byłem tutaj ponad 30 lat temu. Jakże to się rozrosło – średnia szkoła techniczna, klasztor, zamieszkały głównie przez braci, uczących w szkole, nowicjat, prowincjalat i dom emerytów. Wspólny jest tylko kościół. W domu emerytów pozostał jedyny z pięciu Polaków – o. Józef Bloch. Już tak przylgnął do Timoru, że nawet na wakacje już nie chce jechać. „Po co mam jechać? Muszę ściśle przestrzegać diety, a jak do kogoś pójdę w gościnę, będą mnie zmuszali do jedzenia. Lepiej więc pozostanę tutaj. Tu mam wszystko zapewnione” – powiedział.
W tamtą stronę lecialem samolotem – z Kupangu do Atambua. Nie zmęczyłem się więc i mogłem oglądnąć Timor z lotu ptaka. Wszystko góry, pagórki, doliny. Trudna musi tam być praca duszpasterska odwiedzania małych zbiorowości – za górami, za lasami. Rzeki powysychane.
Wracałem do Kupangu samochodem. Siedem godzin drogi w 34-stopniowym upale bez klimatyzacji. Przez 3 godziny, aż do zachodu słońca, smażyłem się więc we własnym sosie. Ale jakoś to przeżyłem i miałem okazję wizji lokalnej. Duże tereny suche, nieurodzajne, bo ziemi niewiele pomiędzy głazami z wapnia. Timor wynurzył się z morza prawdopodobnie pod naporem płyty indyjsko-australijskiej. Australia jeszcze stale pcha się w stronę równika. Widziałem mapę z rozłożeniem kontynentów za parę tysięcy lat według kalkulacji geologów. Australia znajdować ma się niedaleko Japonii. Ziemia na Timorze to dno morskie z olbrzymemi kompleksami zwapniałych koralowców. Łatwo tu o wapno, ale trudno o wodę i o skrawek jako tako urodzajnej ziemi. Bieda i nędza. Ludzie są bardzo ciemnoskórzy, kędzierzawi i podpadająco drobni. Jako antropolog miałem w pewnym sensie ucztę duchową.
W Kupangu spotkałem swego byłego studenta z seminarium, o. Gregora. W Canberze zrobił doktorat z ustnej literatury, stale jeszcze żyjącej tutaj. Obecnie zakłada instytut badawczy kultury Timoru. Jakkolwiek już co nieco na ten temat napisano (pisali to głównie badacze obcy), ale jeszcze wiele jest do uratowania, zanim powoli zaniknie pod wpływem naporu nowoczesności. Omawiałem z nim jego plany. Proponowałem mu stosunkowo proste badania nt. systemu kojarzenia się małżeństw. Jest to okazja do poznania wpływu tak kultury, jak i sytuacji geograficznej na kojarzenie się małżeństw, zaś dla antropologa przegląd przepływu genów w terenie. Materiał wstępny do genetyki populacyjnej. Muszę przyznać, że odżyła we mnie żyłka badacza. O. Gregor namówił mnie na dwa artykuły. Jeden jest już prawie gotowy, nad drugim już rozmyślałem i mam wstępny koncept. Teraz muszę go zacząć realizować.
O. Gregor zaskoczył mnie wiadomością, że na moje 75. urodziny szykuje wydanie specjalnej publikacji. Będę musial się postarać, żeby tak długo żyć. Jest do tego już tylko pół roku, ale w takim wieku to i katar może spowodować śmierć. Chciałbym jeszcze pojechać do Polski na 50-lecie kapłaństwa. Data jest dość ciekawa: 07.07.07, czyli 7. lipca 2007 roku.
Czy mi się te plany udadzą, zależeć będzie i od Was. Jak intensywnie będziecie się o to modlić. Bo..... Powoli pojawiają się dolegliwości, połączone z wiekiem. Kiedyś wyprawa do Europy, to był sport. Dzisiaj to już męka. Lot z Singapuru do Frankfurtu 12 godzin i 20 minut. Tak długo trzeba w samolocie siedzieć. Nogi puchną jak balony, suche powietrze w samolocie powoduje odwodnienie organizmu mimo picia. Pamiętam, że gdy raz wysiadłem we Frankfurcie, byłem tak skołowany, że dosłownie nie wiedziałem, gdzie prawo, gdzie lewo. Na szczęście w pobliżu była restauracja. Po dwóch dzbanuszkach herbaty i kawałku ciasta, głowa powoli zaczęła normalnie funkcjonować. A to było 6 lat temu!
Z powolu wewnętrznych żylaków mam skłonność do trombozy. Poza lekarstwami powinienem nosić elastyczne pończochy. Kłopot w tym, że ich sam nie potrafię założyć. Kto w Polsce będzie mi w tym pomagał? Mam sobie na godziny pielęgniarkę nająć? I jak tu podróżować?
Nogi moje wydają się starsze ode mnie. Na równym jeszcze jako tako idzie, ale na schodach to już mam problemy. Egzaminy doktorskie odbywają się na drugim piętrze, a nie ma windy. Mam więc niemały problem, żeby tam wejść. Na równym 100 m pokonuję jako tako, ale dalej też już miewam kłopoty. W domu do kościoła normalny człowiek musi dreptać mniej więcej 15 minut. Jak ja będę tę odległość pokonywał, nie wiem. Dłuższe stanie też mnie mocno męczy. Dawniej wykłady wygłaszałem na stojąco, teraz już nie da rady, daję je na siedząco. Mam problem, czy wydolę stać w czasie mszy św. dłużej niż pół godziny.
Zważywszy to wszystko, zastanawiam się, czy mam jechać na urlop do Polski, czy raczej zostać tutaj.
Przepraszam, że Was zanudzam takimi osobistymi sprawami.
Chciałem Wam podziękować za wszelką pomoc dla moich podopiecznych sierót i półsierót i poprosić o dalszą. Na miesiąc potrzebuję 600-700 dolarów. A to na mleko, na lekarstwa, na szkołę, na mundurek, na jedzenie itp. Wiecie, jak to jest z dziećmi. Uwikłałem się w to i jakoś muszę to dalej prowadzić.
Okres suszy bardzo się przeciąga. Na wsiach wiele studni już powysychało, bo też upał jest nieprzeciętny. Rołnicy czekają na deszcz jak na zbawienie. Skrócony okres wegetacji może zaowocować głodem. Płacimy powoli za nadmierne uprzemysłowienie, głównie na północnej półkuli, czyli u Was. Jak słyszę, u Was pogoda też bzikuje. Na skutek tego ocieplenia lodowce topnieją, powodując ekologiczne zmiany w roślinności. Pokrywa lodowa na biegunach też się zmniejsza. Podnosi się poziom morza. Wam powódź nie grozi, ale u nas część wysp pochłonie morze.
Jak się zaczyna pisać o pogodzie, to znak, że się temat wyczerpał.
Wszystkich Was serdecznie pozdrawiam i życzę błogosławieństwa na nowy rok.
o. Józef