P. Józef Glinka SVD * P.O.Box 1186 SB * Surabaya 60011 * Indonesia
email: glinka@indo.net.id
5 lipca 2005
Drodzy Przyjaciele,
Jest zasada, że, jak się coś odłoży, to się to potem samo odkłada. Od maja noszę się z zamiarem napisania tego listu i stale cos wchodzi w drogę. Nawet teraz, gdy zacząłem pisać, telefony, sms-y i ludziska stale przeszkadzają. Chciałem Wam donieść, co u mnie słychać.
Najpierw serdecznie dziękuję za wielkanocne (bożonarodzeniowe jeszcze też) listy, z których ostatni otrzymałem wczoraj. Bóg zapłać przede wszystkim za modlitwy i wsparcie finansowe.
Wielki Tydzień i Wielkanoc były u mnie inne niż zwykle. W Wielki Poniedziałek poczułem, że mam gorączkę. Zmierzyłem. Ponad 38. Co tu znowu się mnie uczepiło? Czułem się coraz bardziej połamany. We wtorek rano gorączka już sięgała 39. O. Pikor zarządził: do szpitala. Zrobili dość dokładne badania i ... wylądowałem na oddziale intensywnej terapii. Moje EKG im się nie podobało. Na oddziale intensywnej terapii jest na ogół atmosfera niewesoła. Wszystko bardzo poważne przypadki. Każdy podłączony pod monitor, z baterią kroplówek, tlenem itp. Wyzwolił mnie stamtąd następnego dnia rano mój kardiolog. „Nic nadzwyczajnego; od 10 lat jest ten sam obraz.” Internista kazał jednak codziennie badać krew i dał lekarstwo na zmniejszenie gorączki. W Wielki Czwartek sprawdziło się jego podejrzenie – gorączka dengue’a. Ponieważ gorączka spadła, mogłem na krześle inwalidzkim uczestniczyć we mszy św. pod wieczór. W Wielką Sobotę i w Wielkanoc już o własnych siłach mogłem pójść do kaplicy. W poniedziałek lekarz pozwolił mi wrócić do domu z zastrzeniem: dwa dni odpoczywać.
Chciał nie chciał musiałem poprosić asystentkę, by na katolickim uniwersytecie wzięła za mnie wykłady. Ale w następnym tygodniu czułem się na tyle silny, że zrobiłem to sam.
Mieliśmy tu parę wypadków śmierci jeszcze stosunkowo młodych współbraci. Starzy muszą umrzeć, młodzi mogą umrzeć – powiadał zawsze jeden z naszych weteranów. Do późnej starości jeździł na rowerze i pływał w morzu, aby jego serce nie myślało, że jest w staruszku. Ponad 60 lat pracował na Flores. Rozbudwał tutaj całe szkolnictwo katolickie. Zmarł nagle również jeden z moich przyjaciół. Błąd sztuki lekarskiej. Bardzo mi go brak.
Świat obiegają codzienne niewesołe wieści, szczególnie o zamachach bombowych, o wojnach, o ludzkiej biedzie. Za każdym razem dziękowałem Panu Bogu za to, że pozwolił mi żyć w Indonezji. Kraj o większości islamickiej, ale przy wszystkim jeszcze stosunkowo spokojny. Dlatego powtórnie Was upewniam, że mi tu dobrze! Poza tym nie ma u nas takich idiotyzmów jak małżeństwa homoseksualne itp. Abstrahuję tu od aspektu moralnego takich związków. Wielu Europejczykom widocznie absolutnie nie zależy na przyszłości ich kraju i kontynentu. Trudno. Historia nas uczy, co się z takimi narodami dzieje. Pozostały po nich tylko ruiny. Wojujący islamici śledzą dokładnie, co się u Was dzieje. „Zostawić Europę sobie; sama się wykończy. Potem my przyjdziemy, kraj zajmiemy bez oporów, resztki wyrżniemy i wreszcie zgniły zachód zislamizujemy.”
Ostatnio mam trochę nieprzewidzianych kłopotów z niektórymi moimi „wnukami”. Jeden z ojców dwójki dzieci przyniósł takie „zapotrzebowanie”, żem o mało nie zemdlał. Po dyskusji dałem mu tę sumę, o jaką prosił, ale zaznaczyłem, że w tym semestrze już nie musi przychodzić, bo wypróżnił swoje konto. Jedna z naszych pracownic ostrzegała mnie, bym był ostrożny, bo tutejsi ludzie, jak dostaną palec, to następnym razem już żadają całej ręki. Drugi kłopot mam z siostrą Natalii. Robi wszystko, aby zniszczyć swoją młodszą siostrę i jej dziecko. Mam im nie dawać żadnej zapomogi. Sama prosi mnie od paru miesięcy o zasiłek na szkołę dla swojej córki. Gdy ją ostatnio prosiłem, by na dowód, że jej córka chodzi do szkoły, przyniosła mi świadectwo. Okazuje się, że córka do szkoły nie chodzi, a ona chodzi od kościoła do kościoła i od księdza do księdza i prosi o to samo. Ostatnio zaczęła szantażować mnie telefonami, rzekomo z Dżakarty. Nie wie głupia, że mój telefon notuje, skąd się telefonuje. Za niedługo będę miał ją z głowy. Po prostu wyrzucę. Rozmyślałem, jak uchronić Natalię i małą Małgosię od ataków zwyrodniałej siostry. Modliłem się do św. Antoniego, specjalisty od spraw beznadziejnych. Koło północy się obudziłem i miałem odpowiedź: Zapytać siostry w klasztorze na skraju Surabayi, czy by ją przyjęły. Siostry m. in. prowadzą „przechowalnię” dzieci – od osesków po szkołę podstawową. Rano zadzwoniłem do sióstr. W 15 minut miałem pozytywną odpowiedź. Dzisiaj się tam z Natalią wybrałem. Mała była w ósmym niebie – takie obszerne sale, tyle sióstr i braci, tyle zabawek! Gdy siostra pokazała jej jej pokój, Natalia się rozpłakała. Pytałem, dlaczego płacze. „Jakież te siostry są dla mnie dobre!”
Nieraz przypomina mi się przysłowie: Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosię. Nie miał Glinka kłopotu, zaczął zajmować się wnukami. Kiedyś skarżyłem się lekarzowi, że miewam stresy. „Jak to, ksiądz nieżonaty i ma stresy?” Rzeczywiście bez rodziny, ale za to napętałem sobie podopiecznych i mam za swoje.
Śniadania, obiady i kolacje spożywamy na ogół razem i trwają średnio pół godziny. Jest to pewien sposób rekreacji i okazja spotkania ze współbraćmi, którzy w ciągu dnia mają każdy swoje zajęcia.
Siedzi raz koło mnie młody kapłan w koloratce. W Indonezji coś dziwnego. Pytam go więc: „Dlaczego chodzisz w koloratce? W Indonezji tylko pastorzy się tak ubierają.” „U nas na Taiwanie księża noszą koloratki.” Okazuje się, że od sześciu lat pracuje na Taiwanie. Pytam więc tego, który siedzi naprzeciw mnie, gdzie on pracuje. „W Panamie.” Też już 6 lat. Pytam następnego. „Ja w Kenyi.” Po obiedzie podchodzi do mnie inny i przekazuje mi pozdrowienia z Nowej Gwinei. Inny opowiada o swoich doświadczeniach w Japonii. Ktoś tam jeszcze o swojej pracy w USA, inny mówi o Hongkongu. Już 13 lat tam misjonuje.
Kiedyś my wyjeżdżaliśmy na wakacje i w Pieniężnie byli misjonarze z całego świata. W ciągu trzydziestu ostatnich lat sytuacja się totalnie zmieniła. Nas białych coraz bardziej ubywa, a tak zwane kraje misyjne spłacają zaciągnięty przez ich praojców dług – teraz oni ewangelizują świat. Ponad 270 indonezyjskich werbistów pracuje poza granicami kraju. W Polsce też. Przecież w Polsce jest dość księży. Owszem, ale werbiści mają zasadę międzynardowości, więc generalat umyślnie miesza. Wizytatorzy z generalatu stwierdzili, że jeszcze parę lat, a w Indonezji pozostaną sami Indonezyjczycy i że trzeba pomyśleć o sposobie umieszczenia tu paru – może – Wietnamczyków lub Indyjczyków albo i Afrykańczyków.
Gdyby nam to ktoś 30 lat temu powiedział, uznalibyśmy go za fantastę. A dzisiaj to rzeczywistość. W tej sprawie ludzkie rachuby i plany nieraz zawodzą, bo „Duch wieje, kędy chce”. Co piąty werbista urodził się w Indonezji, a co trzeci w Azji.
Wreszcie po wielu przerwach ten list ukończyłem. Obiecuję następnym razem wcześniej napisać. Może będzie to o USA, bo z o. Pikorem wybieramy się tam na wesele. Dość ciekawa para – on po mieczu Polak, po kądzieli Chińczyk-Jawajczyk, ona czystej krwi Rosjanka. Dzięki swemu talentowi już w wieku 33 lat został milionerem i zapomniaj o ożenku. Teraz ma 40 lat, więc najwyższy czas.
Polecam Was opiece Bożej, a siebie polecam Waszym modlitwom
o. Józef Glinka SVD